Wakacyjny podbój Italii.

Pamiętam, że wracając w ubiegłym roku z Czech stwierdziłem, że pewnie jest to mój ostatni obóz. Po pewnym czasie jednak pomyślałem, że w sumie czemu miałbym nie jechać raz jeszcze. Znajomi się wybierają, termin odpowiada, rodzice obiecali zatroszczyc się o to od strony finansowej. Tak więc w te pędy pogoniłem do naszego dyrygenta by zapisać się na kolejny, czwarty już dla mnie wyjazd 'Minstrela'.

I bardzo się cieszę, że pojechałem. Banalne byłoby stwierdzenie, że dlatego, że była ładna pogoda, fajni ludzie itp itd. Oczywiście to też, a może zwłaszcza. Ale warto było zobaczyć obóz nieco inny niż obozy dotychczasowe.

Zarówno Czechy '05 i '07, jak i Serbia '06 były w pewien sposób do siebie podobne. Lokalizacja: na odludziu w górach, gdzie wyjście na pocztę zajmowało pół godziny, a o sklepie w okolicy to nikt nawet nie marzył. Repertuar: codziennie po kilka godzin prób, kilka utworów. Integracja zespołu: nie było wyjścia, bo oprócz chórzystów nikogo w koło praktycznie nie było i po dwóch dniach każdy miał kontakt z każdym.

Włochy '08 się różnią. Lokalizacja: w centrum obleganego tłumnie kurortu. Dookoła setki, jeśli nie tysiące osób z każdego chyba kraju świata (Polacy też byli i nawet jedna nasza rodaczka pracowała w gelaterii). Słychać dookoła włoski, francuski, niemiecki, czy angielski. Dookoła nie otaczały nas góry, ale Morze Adriatyckie. Poza tym podzielenie nas na dwa hotele. Jeden z warunkami lepszymi, drugi z gorszymi. Ale nie warunki liczą się na obozie, liczy się atmosfera.

W takich jednak warunkach trudno było o pełną integrację zespołu. Po tygodniu krążenia między hotelami nie wiedziałem czy ktoś kogo mijam na ulicy to chórzysta, czy jakiś powiedzmy mieszkaniec Londynu. Wiem, że jestem absolwentem i z wiadomych powodów większość czasu spędzałem z ludźmi, którzy podobnie jak ja ukończyli już Małachowiankę. Chciałbym jednak uniknąć takiej sytuacji, że idąc Tumską ktoś mi powie cześć (lub ja powiem), a ta druga strona nie będzie wiedziała kto to. Mam nadzieję, że mimo takiej sytuacji obecni chórzyści byli zgrani jak absolwenci.

Czas: jedenaście dni, z czego cztery to podróż. Trochę krótko i za dużo podróży. Ale … Dość tego narzekania, bo zaraz krzyknę niczym populistyczny polityk, że ''jest źle''! Warto skupić się na pozytywach wyjazdu, a tych było więcej. Przede wszystkim: znakomity repertuar! Msza wg opracowania ks. Eugeniusza Gruberskiego (Małachowiaka) po połączeniu wielogłosu wypadła monumentalnie. A jak monumentalnie wypadnie w zaszczytnych murach płockiej bazyliki katedralnej! Chyba nie tylko ja jestem zadowolony z tego repertuaru, zwłaszcza, że warunki do prób (upał) były arcyciężkie.

Jedzenie: nawet jak przejadło (a pewnie części tak) to w okolicy były dziesiątki pizzerii, które były licznie oblegane przez młodych, utalentowanych (co za skromność) muzyków z Płocka. Bliskość wszystkiego: to też był plus, nie trzeba było marnować czasu pół dnia na wyjazd po chipsy i coca-colę.

Pogoda: idealna! Wolę ten upał, niż czeski chłód i wiecznie padający deszcz. Co jeszcze było "plusem dodatnim", jak mawiał Lech Wałęsa? Otóż czy w Polsce ktoś by chciał zostawać na koncercie chóru z obcego kraju, wcześniej o nim nie wiedząc? Wątpię. A tutaj jeszcze się dopytywali, czy w kolejną niedzielę zabisujemy. Dla takiej publiki warto śpiewać!

Nie mogę chyba zapomnieć o urodzinach Pana Gałczyńskiego. Długo w naszych szeregach myśleliśmy jak je uczcić. W ubiegłym roku powstała specjlna litania z tej okazji. Co więc teraz? Na pomysł wpadliśmy w Rawennie siedząc na ławeczce i czekając na wykupienie biletów do kościołów i muzeów. Nie myśleliśmy początkowo, że idea z przemówieniami znanych osób przybierze taką formę. Nagranie tych całych czterech minut trwało minut sto pięćdziesiąt. Ale warto było się napracować, bo efekt przerósł nas samych. Najlepiej było rano, jak ktoś krzyknął : "Naprawdę z tym lecimy? Kurna, będzie siara!". Ale siary nie było.

W dwóch słowach: BYŁO SUPER, a jeśli coś było gorzej niż w ubiegłych latach to i tak "plusy dodatnie" druzgocąco przeważają nad "plusami ujemnymi". Dziękuję (myślę, że nie tylko ja) naszemu Dyrygentowi za zorganizowanie obozu, całej kadrze (zwłaszcza Panu Dyrektorowi Zombirtowi za jego nieocenione opowieści w autokarze nr 1) i wszystkim obecnym chórzystom, jak i absolwentom. Chciałoby się powiedzieć: do przyszłego roku! I tego spotkania za rok i Wam i sobie życzę.

Krzysiek

Zobacz też:

Kronika obozu.

Alfabet obozu.

Galeria zdjęć.

O ile nie zaznaczono inaczej, treść tej strony objęta jest licencją Creative Commons Attribution-ShareAlike 3.0 License